5 rzeczy, które powiedziałabym sobie – młodszej

Spojrzałam na siebie z tamtych lat – młodą, przestraszoną, wciąż niepewną. Panicznie bojącą się krytyki, wciąż zabiegającą o czyjąś przychylność. Pędzącą przed siebie bez opamiętania – jakbym wciąż przed czymś uciekała.

Ja sprzed 10 lat.

Przekładam w głowie kartki kalendarza i widzę młodą matkę często zmęczoną własnym perfekcjonizmem. Przypominam sobie tamte problemy, tamte rozterki – dziś tak bardzo odległe. Zbyt wiele pracy, a zbyt mało czasu. Destrukcyjna chęć zrobienia wszystkiego w sposób idealny, która boleśnie odbijała się na moim zdrowiu. Obawa przed krytyką tak głęboka, że niekiedy paraliżująca. Pamiętam, że jedno złe słowo potrafiło zrujnować moją pewność siebie, poczucie własnej wartości i wiarę we własne możliwości. Byłam gotowa wycofać się z każdej kwestii, którą ktoś poddał krytyce – nawet wtedy, gdy wiedziałam, że nie jest ona słuszna.

Dziś spoglądam na tę dziewczynę z perspektywy 10 lat – tak wiele i tak niewiele zarazem. Uśmiecham się i wyciągam do niej rękę w zapraszającym geście – chodź, usiądź obok, powiem Ci coś ważnego. Co chciałabym przekazać młodszej sobie? Pięć prostych prawd, które przyniósł mi czas. Pięć najważniejszych odkryć, które kształtowały mnie na przestrzeni lat, pozwalając stać się tym, kim jestem dziś.

Nie stawiaj samej siebie na szarym końcu.

Wiele lat zajęło mi zrozumienie, że moje potrzeby również są ważne, że mam do nich prawo. Kiedyś wydawało mi się niestosowne myśleć o sobie, nie mieć na coś siły czy ochoty lub odmówić komuś. Zawsze „stałam na baczność’, w pełnej gotowości – niezależnie od tego jak się w danej chwili czułam. Nie mieściło się w mojej głowie, że można odpuścić, zrobić coś później lub – co gorsza – przerwać w trakcie, aby dokończyć w innym momencie. Moje potrzeby leżały odłogiem. Nigdy nie dawałam sobie wolnego, zanim wszystko nie było dopięte na ostatni guzik.

Gdybym mogła cofnąć czas i porozmawiać z młodszą sobą, powiedziałabym: nie rób tego. Nie rób nic kosztem siebie, nie odkładaj samej siebie zawsze „na później”. Nie ignoruj swoich potrzeb, przestań się ich wstydzić i uważać za nieistotne. Zamiast wciąż być dla wszystkich, zacznij choć trochę być dla siebie. Znajdź czas na książkę, na długi spacer, na słodkie lenistwo, gdy pozwalasz czasowi przepływać przez palce. Złap oddech. Świat nie zatrzęsie się w posadach tylko dlatego, że poświęcisz nieco czasu, aby zaopiekować się sobą. Naucz się stawiać siebie na pierwszym miejscu – choć przez kilka chwil dziennie.

Nie śpiesz się tak.

Gdy byłam młodsza, wciąż gdzieś gnałam bez opamiętania. Biegłam od dnia do dnia, od minuty do minuty. Wciąż czymś zajęta, wciąż ścigająca się z czasem, zawsze mająca go zbyt mało. A czas przecież jest jeden, dla wszystkich taki sam. Nie zwalnia dla nikogo ani dla nikogo nie przyspiesza. Płynie cierpliwie w miarowym tempie – od jednego wschodu słońca do kolejnego.

Im starsza jestem, tym częściej powtarzam sobie: nie tak szybko, nie pędź tak, rozejrzyj się dookoła. Nauczyłam się być „tu i teraz”, zwracać uwagę na detale, zanurzać się w swojej codzienności, aby w pełni jej doświadczać. Każdego dnia znajduję czas na spacer z psami po lesie – to taki moment, gdy jestem sama ze sobą, ze swoimi myślami, gdy mogę wyłączyć się na chwilę z pędu codzienności. Chłonę wtedy każdą chwilę i każdy drobiazg – pozwalam słońcu gładzić się po twarzy, nasłuchuję z ciekawością odgłosów natury, „poluję” uważnym okiem na ptaki przysiadające na gałęziach. Dostrzegam i doceniam to, co dzieje się dookoła. Żyję uważnie i świadomie. Jestem obecna w swoim życiu.

Nie bój się aż tak bardzo.

Od kiedy pamiętam, zawsze bałam się niepowodzenia. Ten strach czasami był tak duży, że paraliżował mnie, skutecznie zniechęcając do działania. Potrafiłam godzinami roztrząsać każde „za” i „przeciw”, dzielić włos na czworo, tworzyć w swojej głowie niewiarygodne i rozbudowane scenariusze tego, co może stać się w efekcie mojego ruchu. Przeważnie doprowadzały mnie do przekonania, że lepiej zostać tu, gdzie jestem – w bezpiecznym, bo znanym miejscu. Na szczęście ambicja i potrzeba rozwoju zawsze ostatecznie brały górę, ja zaś – choć „z duszą na ramieniu” –podejmowałam ryzyko i wcielałam zmiany w życie.

Dziś uśmiecham się do tamtej siebie i mówię cicho: nie bój się aż tak bardzo. Trochę możesz się bać, to nie zaszkodzi. To wręcz potrzebne. Nie pozwól jednak, aby strach Cię paraliżował i odebrał radość sięgania po to, czego pragniesz, o czym marzysz, co wciąż jeszcze przed Tobą.

Nie wstydź się swoich emocji.

Przez długi czas lepsze od wyrażania emocji wydawało mi się „robienie dobrej miny do złej gry”. Gdy ktoś zranił mnie, przyjmowałam to ze spokojem udając, że nic się nie stało. Nie umiałam się „odszczeknąć”, nie chciałam się obronić. Nie potrafiłam wyznaczać granic, a gdy ktoś je przekraczał – przyjmowałam to z pokorą. Dziś, choć wrażliwa, nie pozwalam sobie „w kaszę dmuchać”. Mówię otwarcie, co mnie boli. Gdy ktoś uderza we mnie – reaguję zgodnie z tym, co czuję, nie zastanawiając się, czy tak wypada.

Codziennie mówię sobie: to, co czujesz ma znaczenie. Masz prawo się smucić, masz prawo nie mieć siły, masz prawo chcieć przenosić góry, masz prawo czuć żal. Masz też prawo powiedzieć komuś, kto sprawia Ci przykrość, że jest Ci przykro. Nie ma w tym nic złego.

Nie przykładaj aż tak wielkiej wagi do tego, co „ludzie powiedzą”.

Ludzie zawsze będą mówić to, co chcą. Jedni będą Cię wspierać, inni podcinać skrzydła. Jedni będą cieszyć się z Twoich sukcesów, innym będą one solą w oku. Dla jednych to, co robisz będzie wspaniałe, inni będą się uśmiechać pod nosem z przekąsem.

Bardzo dużo czasu zajęło mi zrozumienie, że nigdy nie zadowolę wszystkich. Jeszcze dłużej zaś, że to pragnienie było całkiem absurdalne. Dlaczego miałabym chcieć wpasować się w każde gusta, przypodobać się każdemu? Dlaczego to, co myślą o mnie inni – miałoby dla mnie mieć większą wartość niż to, co ja sama wiem o sobie?

W książce „Dobrze, że jesteś” zapisałam jedne z najważniejszych dla mnie słów, które ukształtowały mnie, trwale wzmacniając poczucie własnej wartości. Przyszły do mnie pewnej jesieni, która nastąpiła po burzliwym lecie, pełnym przełomowych chwil i kryzysowych momentów. Zapisałam je na kartce i schowałam w szufladzie nocnego stolika – są zawsze w zasięgu ręki.

https://wracajacdosiebie.pl/produkt/ksiazka-dobrze-ze-jestes/

A potem rozwinęłam je takimi słowami:

“Podejmuję własne decyzje i świadomie ponoszę ich konsekwencje. Żyję na własny rachunek i nie oczekuję poklasku. Przestałam przejmować się tym, co myślą o mnie ludzie, których moje życie w ogóle nie powinno interesować.”


Jeśli lubisz spoglądać w głąb siebie, poznaj moje książki z serii “Wracając do siebie”:

https://wracajacdosiebie.pl/produkt/zestaw/

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *